Michał Rycaj i drużyna Warsaw FC z uczestnikami turnieju street soccer 3x3 w Urban Camp Lviv, pozujący z flagą Ukrainy i transparentem Hello_Ukraine przed budynkiem ośrodka.
Cisza przed burzą. Ostatni kadr po finale w Urban Camp Lviv. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że kilka godzin później sportową euforię zastąpią syreny alarmowe.

„3:00 rano. Lwów. Dźwięk syren rozrywa ciszę, a administrator Urban Camp mówi krótko: 'Schodźcie do schronu, leci na nas 100 dronów i Kindżały’. Kilka godzin wcześniej trzymałem w górze statuetkę MVP turnieju Street Football. Obecnie jednak siedzę w piwnicy, słuchając, jak trzęsą się ściany, a w głowie gra mi 'Riders on the Storm’. To nie był zwykły wyjazd sportowy”


Urban Camp Lviv: Od sędziowania po misję na boisku

Urban Camp Lviv to nie tylko profesjonalny hub sportowy i schronienie dla uchodźców z Charkowa czy Mariupola. To miejsce, którego misję i znaczenie dla lokalnej społeczności opisywał [opisywał m.in. serwis PAP]. Od początku 2024 roku Urban Camp stał się ważnym punktem na mojej mapie zawodowej. Ponadto moje zaangażowanie tutaj zaczęło się od roli eksperckiej – podczas dwóch pierwszych wizyt sędziowałem turnieje oraz prowadziłem warsztaty freestyle football dla dzieci, czego efektem było nawiązanie bliskich relacji ze społecznością artystów sztuk miejskich na Ukrainie.

Michał Rycaj prowadzący warsztaty freestyle football dla młodzieży w budynku Urban Camp we Lwowie.
Urban Camp to przestrzeń, gdzie sportowa pasja łączy się z edukacją. Na zdjęciu podczas prowadzenia warsztatów freestyle football dla lokalnej młodzieży.

Zaproszenie, które zmieniło perspektywę

Jednak trzecia wizyta w Urban Camp była wyjątkowa. Tym razem otrzymałem konkretne zaproszenie, aby nie tylko pojawić się na miejscu, lecz także zebrać zespół i wziąć udział w międzynarodowym turnieju street football 3×3.

To był moment, w którym zdecydowałem, że na lwowskim betonie wystąpimy pod szyldem Warsaw FC – warszawskiej inicjatywy skupiającej pasjonatów ulicznej piłki, której jestem częścią. Wiedziałem, że do tej misji muszę dobrać z drużyny ludzi, którzy udźwigną ten wyjazd nie tylko sportowo, ale i mentalnie.

W rezultacie wybór padł na Damiana Gawrycha (założyciela Warsaw FC) oraz Karola Machulskiego – dwóch śmiałków, z którymi wyruszyliśmy z Warszawy do Lwowa z konkretnym celem: dać realne wsparcie lokalnej społeczności poprzez to, co robimy najlepiej – bezkompromisową grę w piłkę.


Wkrótce po przekroczeniu granicy w radiu wybrzmiały pierwsze dźwięki The Doors – „Riders on the Storm”. Wówczas potraktowaliśmy to jako klimatyczny soundtrack do podróży. Jednak nikt z nas nie przypuszczał, jak bardzo proroczy okaże się ten utwór i że za kilkanaście godzin naprawdę staniemy się „jeźdźcami burzy” w samym środku wojennego dramatu.

Misja na betonie: Kierunek Lwów

Dodatkowo wjeżdżaliśmy w sam środek burzy jako Warsaw FC. To projekt Damiana Gawrycha, który od lat definiuje warszawską scenę street footballu – bez kompromisów, promując surową kulturę gry na betonie, gdzie technika i charakter liczą się bardziej niż wynik w tabeli. Lwowski turniej był dla nas szansą, by pokazać tę szkołę gry tam, gdzie sport stał się formą oporu i terapii. Przyjechaliśmy wesprzeć misje Urban Camp naszą pasją i przejść chrzest bojowy na najtrudniejszym „boisku” w dzisiejszej Europie.

Zdjęcie grupowe społeczności street footballowej Warsaw FC na betonowym boisku pod mostem łazienkowskim w Warszawie. W centralnym punkcie siedzi piłkarz reprezentacji Polski, Tymoteusz Puchacz, trzymający piłkę. W tle widoczny baner Warsaw Football Club.
Warsaw FC to coś więcej niż zespół – to największa w Polsce społeczność pasjonatów street footballu. Na zdjęciu z Tymoteuszem Puchaczem pod mostem Łazienkowskim.

Trzy mecze, jedna armia: Przebieg turnieju

Mimo międzynarodowej rangi, na udział w turnieju odważyły się tylko cztery drużyny. My byliśmy jedynym składem spoza Ukrainy. Podczas gdy nasi rywale dysponowali zmiennikami, my wystawiliśmy trzyosobową armię. Wiedzieliśmy, że czeka nas morderczy dystans: trzy mecze, każdy po 16 minut (2×8 min) czystej, fizycznej walki bez sekundy wytchnienia na ławce.

Dynamiczne ujęcie meczu street footballu na mokrym betonowym boisku we Lwowie. Zawodnicy Warsaw FC walczą o piłkę wewnątrz klatki, w tle widoczny baner z napisem CULTURE i stacja benzynowa.
Mokry beton, brak zmienników i walka o każdy centymetr – tak wyglądała nasza rzeczywistość podczas turnieju.

Mecz 1: Starcie Liderów

Na otwarcie trafiliśmy na Urban Camp Team. To nie był zwykły mecz – to była burza. Na boisku doszło do bezpośredniego starcia dwóch osobowości: Damiana Gawrycha (lidera Warsaw FC) oraz Artema (lidera ukraińskiej sceny streetu). Atmosfera zgęstniała do tego stopnia, że sędziowie musieli przerwać grę przez sprzeczkę liderów. Walka szła cios za cios, wynik do końca wisiał na włosku. Włożyliśmy w to 120% sił i ostatecznie wyrwaliśmy zwycięstwo jedną bramką. Po meczu emocje opadały długo, ale jak na uliczników przystało – padły wyjaśnienia, zbiliśmy piątki i ruszyliśmy dalej.

Mecz 2: Kryzys na granicy przytomności

Niestety zaledwie 10 minut po wyniszczającej bitwie z Urban Camp, stanęliśmy naprzeciw FS Media Team. To był nasz najtrudniejszy moment. Brak zmienników i skrajne zmęczenie sprawiły, że nogi odmawiały posłuszeństwa, a z wysiłku pojawiały się zawroty głowy. Przegraliśmy wysoko, wpadając w głęboki kryzys mentalny. Wtedy wydawało się, że nasza „armia” właśnie przestała istnieć.

Mecz 3: Brazylijska swoboda i MVP.

Dostaliśmy 30 minut na regenerację przed ostatnim starciem z UKR Freestyle Team. Wówczas stało się coś niewytłumaczalnego.. Całe ciśnienie zeszło. Poczuliśmy nieopisaną lekkość i zaczęliśmy grać w brazylijskim stylu. Przechodziliśmy przeciwników żonglerkami, oddawaliśmy strzały prosto z tricków freestyle’owych. Wygraliśmy z pełną swobodą, co w ostatecznej punktacji zapewniło nam drugie miejsce w turnieju.

Podczas dekoracji usłyszałem swoje nazwisko. Zostałem ogłoszony MVP turnieju. Statuetka dla najlepszego zawodnika była zwieńczeniem tej huśtawki emocji.

Michał Rycaj, zawodnik Warsaw FC, stoi na betonowym boisku we Lwowie, trzymając w rękach różową statuetkę MVP turnieju street footballu. W tle widoczni są inni uczestnicy turnieju oraz kosz do koszykówki z napisem STREET CULTURE.
Radość, duma i statuetka MVP w dłoniach. Nasze świętowanie trwało zaledwie kilka godzin. Skończyło się gwałtownie o 3:00 rano, gdy sportowe emocje zostały zmiażdżone przez dźwięk alarmu przeciwlotniczego

🚨 03:00: Kiedy sport ustępuje rzeczywistości

Ciszę nocną rozrywa syrena. Dźwięk jest tak przeszywający, że od pierwszej sekundy wiesz: to nie są ćwiczenia. Moja pierwsza myśl? Odpowiedzialność. Ponieważ przyjechałem tutaj z Damianem i Karolem, czułem, że to na moich barkach spoczywa dbałość o ich komfort psychiczny. Spojrzałem na Karola. Nie spał. Szeroko otwarte oczy wlepione w ekran telefonu utwierdziły mnie w przekonaniu, że sytuacja jest poważna.
Chwilę później wpadł Vanya z Urban Camp: „Chłopaki, na Lwów leci 100 dronów i dziesiątki rakiet. Natychmiast do schronu”.
Naszym azylem stała się szatnia na poziomie -1 w Urban Camp. Gdy zeszliśmy na dół i odpaliliśmy aplikację z ostrzeżeniami, zobaczyliśmy skalę tego, co właśnie nadlatywało. Cały obwód lwowski płonął na jaskrawą czerwień.

Selfie zrobione w surowym, betonowym schronie we Lwowie podczas nocnego alarmu rakietowego. Od lewej siedzą członkowie ekipy Warsaw FC: Damian Gawrych (patrzy w dół), Karol (zrezygnowany wyraz twarzy) i Michał Rycaj (autor zdjęcia). Ich twarze zdradzają zmęczenie i napięcie po kilku godzinach spędzonych pod ziemią.
Szatnia na poziomie -1 w Urban Camp stała się naszym azylem na 5 godzin. Na zdjęciu (od lewej): Damian, Karol i ja – kilka godzin po sportowym triumfie.

5 godzin pod ziemią

Pierwszy huk sprawił, że ściany zadrżały. Wrażenie było takie, jakby eksplozja nastąpiła kilkaset metrów dalej. To nie był „zwyczajny” nalot – jak się później okazało, był to najbardziej zmasowany atak na Lwów od początku wojny. Od 3:30 do 8:30 rano słuchaliśmy przeszywających dźwięków wybuchów, a nad ranem niepokój spotęgowała informacja o wysłaniu w naszym kierunku pocisków hipersonicznych Ch-47M2 Kindżał.

Pomimo wszystko nie czuliśmy paraliżującego strachu, raczej głęboki niepokój podszyty bezsilnością. Wiedzieliśmy, że my za kilka godzin wrócimy do bezpiecznej Polski. Ludzie siedzący obok nas nie mieli tego luksusu. Po jednym z potężniejszych wybuchów Vanya spojrzał na nas i powiedział krótko:

„This is our reality”.

Mapa Monitorwar z nocy 4 października 2025 r. ukazuje skalę zmasowanego ataku, który obserwowaliśmy na ekranach telefonów, siedząc w lwowskim schronie.

Powrót do „normalności”

O 9:00 rano syrena odwołała alarm. Z pierwszych doniesień dowiedzieliśmy się, że nocny atak przyniósł ofiary śmiertelne, a obiekty strategiczne w mieście zostały zniszczone. Z kolei najbardziej niesamowitym widokiem był Lwów godzinę później.

Miasto wróciło do życia, jak gdyby nic się nie stało. Ludzie z torbami pełnymi zakupów, autobusy wypełnione pasażerami, kolejki na stacjach benzynowych. Jednak to jest ich codzienność – niewyobrażalna zdolność do trwania mimo wszystko.


Epilog: Jeźdźcy Burzy

W niedzielne południe nadszedł czas pożegnań. Uścisnęliśmy dłonie ekipie Urban Camp, wymieniając się symbolicznymi podarunkami i obietnicą, że to nie był nasz ostatni raz we Lwowie. Zostawialiśmy tam ludzi, którzy mimo wojny budują przyszłość sportów miejskich, a zabieraliśmy ze sobą doświadczenie, którego nie da się kupić na żadnym szkoleniu z „zarządzania kryzysowego”.
Ruszyliśmy w stronę Warszawy. Mijając obrzeża miasta, widzieliśmy fragmenty Lwowa wciąż pamiętające nocny nalot – z trafionych fabryk unosił się gęsty, czarny dym, który powoli mieszał się z chmurami.
Wówczas w aucie po raz kolejny rozbrzmiały pierwsze nuty The Doors – „Riders on the Storm”. Ten utwór, który na granicy wydawał się tylko klimatycznym tłem, teraz brzmiał zupełnie inaczej. Zrozumieliśmy, że przestaliśmy być tylko słuchaczami tej historii, a zostaliśmy jej uczestnikami. Tego dnia to my byliśmy Jeźdźcami Burzy.

Trzej członkowie ekipy Warsaw FC w ciasnym, grupowym uścisku na środku betonowego boiska we Lwowie. Zdjęcie symbolizuje jedność, wsparcie i braterską więź zespołu podczas turnieju.
Ten wyjazd wzmocnił nasze więzi, które zostaną z nami na długie lata. Braterstwo zahartowane w lwowskich warunkach.

Budowanie odporności psychicznej zaczyna się od treningu. Jeśli chcesz zapisać się na trening indywidualny z techniki piłkarskiej i trenować pod moim okiem, zapisz się tutaj

Autor: Michał Rycaj „MichRyc” – 3-krotny Mistrz Świata Freestyle Football, założyciel Pracowni FFF, trener techniki piłkarskiej oraz zawodnik Warsaw FC.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *